Translate - Tłumacz

poniedziałek, 6 maja 2019

Komentarz Rosiego Philipa Kapleau do koanu "Tokusan niesie swoje miski"


Spisane teisio (mowa Dharmy) Rosiego Philipa Kapleau z maja 1978 roku:
Komentarz do koanu "Tokusan niesie swoje miski"

Tokusan (jap.), Deshan (chn.) pewnego dnia przyszedł do jadalni niosąc swoje miski.

W dawnych Chinach i Japonii każdy mnich miał zestaw misek, zazwyczaj wykonanych z laki. Duża
miska służy do ryżu, średnia na zupę, czyli miso, a dwie mniejsze na rozmaite dodatki. I biada temu,
który naleje zupy do miski przeznaczonej na ryż, albo nałoży ryżu do miski przeznaczonej na zupę.
Oczywiście Rosi tylko się uśmiechnie, ale siedzący obok mnisi będą chichotać, a potem młodsi mnisi
będą szeptać między sobą o tym głupim cudzoziemcu, który nie potrafi odróżnić miski na ryż od miski na zupę. Pewnego dnia przyłapałem mnichów właśnie na takim obgadywaniu, to nie dotyczyło misek, lecz czegoś podobnego. Lecz gdy tylko się pojawiłem w polu widzenia, oni od razu przycichli, ale później jeden z nich powiedział mi, o co chodziło. W klasztorze czasem robi się nudno i młodzi mnisi muszą sobie znaleźć jakiś temat do rozmów.

Seppo powiedział: dzwon nie zadzwonił i nie uderzono jeszcze w bęben, dokąd idziesz ze swoimi miskami"



Tutaj przed posiłkiem uderzamy tylko w gong, ale w klasztorach bywa rozmaicie, np. Eihei-ji , które
jest potężnym klasztorem, ma wspaniałą drewnianą rybę, wielkiego karpia. Wisi on w przedsionku
zendo. Jak wiecie karp jest bardzo ceniony w zen za swoją odwagę, a ryby w zen symbolizują
człowieka, który pracuje nad sobą, ponieważ ryby nigdy nie śpią. I dlatego w wielu klasztorach,
szczególnie klasztorach soto, używa się drewnianych ryb jako instrumentów, swego rodzaju gongów.
Byłem pod wrażeniem, gdy po raz pierwszy uderzono w taką ogromną drewnianą rybę. W Eihei-ji nie było żadnego innego gongu, oprócz dzwonka inkin. Ta wielka ryba była z pięć razy większa on naszego gongu, który mamy w przedsionku.

Dokąd idziesz ze swoimi miskami – powiedział Seppo, który w tym koanie jest kucharzem. O co mu chodzi? Dlaczego zwraca się w ten sposób do mistrza? Tokusan w tym czasie miał około 80 lat. Dokąd idziesz ze swoimi miskami, Mistrzu? Tokusan natychmiast zawrócił do swojego pokoju. I tutaj dochodzimy do pierwszej bariery tego koanu. Dlaczego zawrócił w milczeniu i udał się cicho do swojego pokoju? Zamiast skarcić Seppo, że w ten sposób się do niego odezwał, spokojnie zawrócił do swojego pokoju. Seppo powiedział o tym incydencie Ganto.


Seppo i Ganto byli przyjaciółmi, jak wiemy z wcześniejszej historii o tym, jak podróżowali razem.
Nawiasem mówiąc, gdy Tokusan zmarł, oni obaj udali się do mistrza Rindzai (jap.), czyli Linji (chn.,
czyt: Lindzi). Chcieli zostać jego uczniami, ale w drodze dowiedzieli się, że Rinzai zmarł. Wówczas
rozstali się. Ganto udał się w jednym kierunku, wokół niego powstała świątynia, później zabili go w
niej bandyci. A Seppo udał się w innym kierunku i później prowadził klasztor, gdzie trenowało się w
zen wielu mnichów.

Dlaczego Seppo mówi o tym incydencie Ganto? Dlaczego tak ochoczo opowiada o czymś takim, o czym naprawdę lepiej jest milczeć, i nie mówić nikomu innemu? Na to Ganto odpowiedział: Chociaż Tokusan jest takim wielkim mistrzem to nie pochwycił jeszcze ostatniego słowa zen. To bardzo dziwna uwaga Ganto, Ganto miał dłuższy staż jako mnich niż Seppo. Zresztą obaj byli w klasztorze już przez długi czas i obaj byli bardzo blisko Mistrza. Z pewnością obaj byli starszymi mnichami. O co mu chodzi, gdy mówi, że chociaż jest on wielkim mistrzem, to nie pojął jeszcze ostatniego słowa zen.

Z pewnością jest oznaką złego smaku, gdy uczniowie krytykują swojego nauczyciela. Pora na krytykę jest wówczas, gdy jest się z nim twarzą w twarz. I w pewien sposób Seppo to właśnie uczynił, gdy powiedział to, co powiedział do mistrza. Ale tutaj mamy Ganto, który mówi, że chociaż Tokusan jest tak wielkim mistrzem, to nie pojął jeszcze ostatniego słowa zen. Dobrze byłoby zapytać, czy ty, Ganto, pojąłeś ostatnie słowo zen? Czy jesteś uprawniony, by czynić tego typu uwagę? I skąd wiesz, że Mistrz nie pojął ostatniego słowa zen? A tak w ogóle, cóż jest tym ostatnim słowem zen?
Słysząc o tym Tokusan prosi swojego asystenta, by wezwał do niego Ganto.

Jedną z wielkich tajemnic mieszkania w klasztorze jest to, jak szybko roznoszą się w nim wszelkie
wieści. Oczywiście jest tylko odrobinę mniejszą tajemnicą, w jaki sposób wszystko roznosi się w takim ośrodku jak nasz. Ale tak się dzieje, jak o tym wszyscy dobrze wiemy.

Tokusan usłyszał o tym i wezwał do siebie Ganto. Zapytał go: czy mnie nie uznajesz? Zauważcie, że nie powiedział do niego: doszły mnie słuchy, że zrobiłeś to-a-to, czy to prawda, czy nie? Czy mnie nie uznajesz? I Ganto szepcze mu swoją odpowiedź. Tu dochodzimy do kolejnego głównego punktu w tym koanie. Przede wszystkim, dlaczego on szepcze? Po drugie, co takiego mógł on powiedzieć Mistrzowi? To, że on szepcze jest znaczące, dla zrozumienia, o co tu chodzi.

Cokolwiek powiedział, zadowoliło to Tokusana. Bo nic więcej nie powiedział. Ale następnego dnia, gdy dawał teisio, jego mowa różniła się od tych, jakie dawał zazwyczaj. Jak przypuszczacie, o czym w ogóle mówił? Czy może mówił o tym plotkarstwie, które ma miejsce w klasztorze? Czy gniewał się na to? Czy też może zachęcał, poklepywał Seppo i Ganto po ramieniu?

Cokolwiek powiedział, musiało to mieć bardzo pozytywny skutek, albowiem Ganto śmiał się z całego serca, klaskał w dłonie oraz rzekł: co za wielka radość, Stary Mistrz pojął teraz ostatnie słowo zen, od tej chwili nikt na świecie nie jest w stanie go zlekceważyć.
Co takiego powiedział Mistrz, co sprawiło, że Ganto oświadczył, że Mistrz pojął ostatnie słowo zen? Nikt na świecie nie jest w stanie go zlekceważyć. Ten koan trzeba ujrzeć w świetle jednej wielkiej rodziny.

I klasztor tym jest naprawdę, nawet te większe klasztory. Oczywiście im większe są to klasztory, tym
bardziej hałaśliwe i bałaganiarskie są to rodziny. Ale wielu ludzi, którzy spędzili jakiś czas w
klasztorze, czy też w ośrodku jest bardzo krytycznych, wobec tego co dzieje się w klasztorze, czy też w ośrodku. Rzeczywiście można to powiedzieć o tych trzech klasztorach, w których przebywałem w
Japonii. I z pewnością można to odnieść do tego, co dzieje się tutaj w tym ośrodku. Jedna rzecz to
oczywiście to, że zawsze krążą plotki, ludzie obmawiają się nawzajem. I szczególnie ci, którzy są w
obsadzie, to na nich spoczywa wielka odpowiedzialność, żeby nie rozprzestrzeniać plotek. Plotka to
coś, co przychodzi do ciebie z drugiej ręki.

Mów tylko o tym, czego bezpośrednio doświadczyłeś, a nie o tym co powiedział ci ktoś drugi o kimś
trzecim. To są najgorsze plotki, jakie można przekazywać sobie nawzajem. Wywołują zamęt i o wiele
gorsze rzeczy niż zamęt, są po prostu niszczycielskie. Oczywiście, w miarę jak nasza praktyka się
pogłębia, zauważamy, że pragniemy powtarzać coraz mniej negatywnych rzeczy, które widzimy. W
końcu też musimy pamiętać, że w ośrodku, czy klasztorze, mamy rozmaitych ludzi. Są absolutni
nowicjusze, są ludzie, którzy praktykują krótko, i oczywiście ci, którzy praktykują od dawna.
Szczególnie w takim ośrodku jak nasz, gdzie wielu ludzi przychodzi z zewnątrz nieregularnie, rzeczą
szczególnie ważną jest by obsada i wszyscy członkowie sanghi, dbali o zachowanie jedności i harmonii w sandze. Trzeba pamiętać, że jednym z najgorszych wykroczeń jest łamanie harmonii sangi.

Powtarzanie plotek, czy wiadomości z drugiej ręki, z pewnością szkodzi dobru i harmonii sanghi.
Jest jeszcze jeden element bezpośrednio związany z tym koanem. Szczególnie wśród starszych
członków, a w mniejszym stopniu także wśród tych, którzy nie byli tak długo w ośrodku, czy w
klasztorze, jest obecne prawdziwe pragnienie wzajemnej pomocy. W końcu ktoś nie staje się członkiem obsady, o ile nie chce prawdziwie sobie pomóc, a jednocześnie pomagać innym.

Oczywiście widzimy, że ludzie robią masę głupstw. Lecz z pewnością jest rzeczą prawdziwą w tym
ośrodku, jak i było rzeczą prawdziwą w klasztorze, że w głębi serca każdy próbuje pomagać innym. Nie zawsze jasny jest sposób w jaki chcemy to zrobić, nie zawsze środki, jakie wybieramy są najlepsze. Należy jednak zawsze działać opierając się na tym założeniu.
Pamiętam, że w jednym z klasztorów, w którym przebywałem, w którym toczyła się masa kłótni.
Jest tak, że w życiu instytucji i różnych innych miejsc, pojawia się taki czas, że instytucje się rozrastają i rozwarstwiają z takiego, czy innego powodu. Wówczas dyscyplina upada, pojawiają się spory, podziały i wręcz czuje się w powietrzu lekki zapach rozkładu. Szczególnie dla kogoś, kto widział taki klasztor, czy inne miejsce w rozkwicie, jest rzeczą bardzo bolesną być świadkiem takiego procesu, a jeszcze gorszą – brać w tym udział.

A to właśnie się działo w tym klasztorze. I wyglądało na to, że ten klasztor się pod nami wszystkimi
zawali. I wtedy zdarzyło się cos bardzo wspaniałego: wszyscy nagle zjednoczyli się w duchu, harmonii i przyjaźni, a przede wszystkim po to, by za wszelka cenę zachować ten klasztor. Wszyscy mówił: to jest najistotniejsze, musimy odłożyć na bok wszystkie nasze skargi i narzekania. Musimy zdać dobie sprawę, że jeżeli wszyscy stąd odejdziemy i klasztor upadnie, to zadamy buddyzmowi straszny cios.

Odbyło się wtedy wiele spotkań, na których wylano wiele łez. W końcu udało się załagodzić to, co było główną przyczyną ogólnego skłócenia, i w klasztorze zaczęło płynąć inne, nowe życie.
Jeśli spojrzymy na ten koan w świetle tego, o czym właśnie była mowa, to ujrzymy inne jego odcienie. Jeśli natomiast popatrzymy na niego tylko w tak zwany obiektywny sposób, jako na pewne wydarzenie, które miało miejsce w klasztorze, to nie tylko będzie o wiele mniej interesujące, ale zabraknie tu wielu subtelnych niuansów.

Roshi Shibayama, były opat klasztoru Nanzen-ji w Japonii, powiedział, że z wielu istniejących w
Japonii komentarzy do tego koanu, zaledwie w kilku jest uchwycona istota tego, co się tutaj stało. Nie chodzi o to, że ten koan jest szczególnie złożony – w Mumonkan mamy o wiele bardziej złożone koany niż ten. Jest tak dlatego, że ludzie, którzy pisali większość tych komentarzy, nigdy nie żyli w
klasztorach zen, nie są nauczycielami zen, lecz po prostu uczonymi. Dlatego popełniają oni omyłki w
miejscach, które wydają się nieistotne dla ludzi niewtajemniczonych. A jednak ludzie wtajemniczeni
zdają sobie sprawę, że taki sposób interpretacji koanu nie wyraża jego ducha.

Teraz przechodzimy do komentarza: jeśli chodzi o ostatnie słowo zen, ani Ganto, ani Tokusan nigdy o nim nie słyszeli, nawet we śnie. Jeśli spojrzysz uważnie, to podobni są oni laleczkom ustawionym na półce.

Zanim przejdziemy dalej, trzeba powiedzieć parę słów na temat koanów. Mamy tu bardzo dobre
stwierdzenie na temat koanów, w którym roshi Shibayama cytuje swojego nauczyciela. Dotyczy ono
funkcjonowania koanu: Zadaniem koanu jest pomoc uczniowi w otwarciu jego oka zen, pogłębieniu
jego osiągnięcia w zen i udoskonaleniu jego osobowości zen. Koan jest środkiem używanym w treningu zen, ale w rzeczywistej praktyce nie prowadzi on ucznia łatwym i gładkim skrótem, tak jak czynią to inne, zwykłe środki. Wręcz przeciwnie, koan wrzuca ucznia w głęboki i zagmatwany labirynt, w którym traci on wszelkie poczucie kierunku.

Oczywiście mówi on tutaj o tzw. podstawowych koanach, o Mu, o dźwięku jednej dłoni, czy też o twojej prawdziwej twarzy sprzed narodzin twoich rodziców. Są to tak zwane trzy zasadnicze koany przełamania. Nie chodzi tutaj o dalsze koany w tym stwierdzeniu, ale właśnie o te pierwsze. Od ucznia oczekuje się, że przezwycięży wszystkie trudności i sam znajdzie drogę wyjścia. Innymi słowy koan jest najtrudniejszą i najbardziej wyboistą ścieżką do przebycia.

Najbardziej złożone koany zwane są koanami nantou, są one całkowicie nielogiczne i irracjonalne,
zagubi się w nich nawet najbardziej błyskotliwy intelekt. I oczywiście to jest właśnie celem koanu.
każdy koan to policzek wymierzony w naszą twarz. Jest to policzek wymierzony w nasz rozsądek i
logikę. Każdy koan chce nas wciągnąć, każdy koan chce rzucić nam piasek w oczy i chce podrażnić oko naszego intelektu, by rozstrzygnął niemożliwe do rozstrzygnięcia. Na tym właśnie polega prawdziwa funkcja koanu.

I nauczyciel rosiego Shibayamy kontynuuje: przypuśćmy, że mamy całkowicie ślepego człowieka,
który wlecze się opierając na swoim kiju, polegając wyłącznie na swojej intuicji. Rola koanu polega na bezlitosnym odebraniu mu kija, przewróceniu go i obróceniu w innym kierunku. Teraz ślepiec stracił swoje jedyne oparcie, swoja intuicję. Nie będzie wiedział dokąd się udać, ani co robić i wpadnie w przepaść rozpaczy. W ten sam sposób koan nantou, bezlitośnie zabierze nam nasz intelekt i całą naszą wiedzę.

Krótko mówiąc, rolą koanu nie jest poprowadzenie nas w sposób łatwy do satori, ale wręcz
przeciwnie, sprawienie, że stracimy drogę i, że wpadniemy w rozpacz. Wielu ludzi gdy dostanie jakiś
koan nie chce nad nim pracować, ponieważ czują, że doprowadzi on ich do rozpaczy, że nie mogą w
nim znaleźć żadnego miejsca, na którym mogliby oprzeć stopę.

Jak wiecie w zen nie mamy wielkiego szacunku dla słów. Szczególnie dla tak zwanych słów martwych, dla słów, które cos tłumaczą, dla słów dydaktycznych. Ale słowa żywe, które wydobywają się z trzewi, i w których czuje się żarliwość i uczucie – takie słowa są w zen podziwiane. Tak więc ważne są nie same słowa, ale cały ładunek emocjonalny, który je przekazuje. A powód, dla którego słowa nie są szanowane, jest taki, że wszystkie słowa są ograniczone. Każde słowo ma w siebie wpisane ograniczenie. A jeśli chodzi o żywe słowa, same słowa nie są ważne. One są tylko nośnikiem głębokiego uczucia. Ale gdy słowo nie ma tego ładunku, wówczas staje się martwym. I staje się podwójnie szkodliwe.

Zauważycie, że w wielu dialogach zen pojawia się pytanie. To co mogłoby być wypowiedziane jako
zdanie oznajmujące, jest wyrażone w formie pytania. Jest tak, ponieważ zdanie oznajmujące jest
zawsze ograniczone, ale pytanie nie jest ograniczone. Należy o tym zawsze pamiętać.
Jakie jest pierwsze słowo zen? Jakie jest ostatnie słowo zen? Ani Tokusan, ani Ganto nie słyszeli o nim nawet we śnie. Ostatnie słowo zen to znaczy: jaka jest najgłębsza zasada, największa prawda zen? Czy można ją wyrazić w słowach?

I potem Mumon mówi: jeśli spojrzysz uważnie, to podobni są oni laleczkom ustawionym na półce. O co mu tutaj chodzi? Wydaje się, że tutaj jest jakaś gra aktorska, jakieś udawanie. Kto gra kogo, kto udaje i co próbuje tym przekazać? Oczywiście granie roli, jeśli jest robione całym sobą, staje się czymś bardzo żywym.

Joshu powiedział kiedyś, że jeżeli człowiek pozbawiony zrozumienia wykłada prawdziwą naukę, to
staje się ona fałszywą. A jeżeli człowiek, który ma rozumienie, wykłada fałszywą naukę, to staje się ona prawdziwa.

Czy to jest naprawdę granie roli, udawanie? Pamiętajcie, że mamy tu ludzi zaawansowanych w zen.
Mumon chce byśmy wejrzeli poprzez zewnętrzne działania w wewnętrzne znaczenie tego małego dramatu.

Następnie mamy wiersz:
Jeśli rozumiesz pierwsze słowo zen,
to będziesz znał i ostatnie.
Ostatnie słowo, czy pierwsze słowo;
To nie jest słowem.

Jeszcze jedna charakterystyczna cecha słów, to to, że słowa są nazwami. Nadajemy nazwy, czyli
imiona, pewnym warunkom, pewnym wydarzeniom, aby lepiej dawać sobie radę z rzeczywistością.
Biologowie coraz bardziej dochodzą do wniosku, że niektóre bardziej rozwinięte zwierzęta doskonale
się porozumiewają, bez słów. Używają różnych dźwięków i gestów. Dowiadujemy się coraz więcej o
zwierzętach; wiemy o nich tak mało. Jest rzeczą zdumiewającą na przykład, ile o zwierzętach wiedzieli starożytni Grecy. I my dopiero teraz odkrywamy, to co oni już wtedy wiedzieli. Jako przykład może posłużyć książka Porfirego, greckiego filozofa z IV wieku pod tytułem „Powstrzymywanie się od jedzenia mięsa”. Jedną z niezwykłych rzeczy w tej książce jest to, co Porfiry pisze o zwyczajach zwierząt i o ich inteligencji w porównaniu z ludźmi. Oczywiście cała książka jest polemiką z poglądami popierającymi zabijanie zwierząt. Szczycimy się, chlubimy tym, że od zwierząt odróżnia nas zdolność mowy.

To może być prawdą, ale chodzi o to, w jaki sposób posługujemy się mową, jak dobieramy
słowa. Musimy zawsze pamiętać, że wszystkie słowa, szczególnie te, które nazywają, nadają imiona, są tylko tymczasowymi oznaczeniami, chwilowymi desygnatorami. Nie należy nigdy brać słów za
ostateczną rzeczywistość. Pierwsze, ostatnie – to również są tylko tymczasowe określenia.
A więc, jeśli słowa nie wskazują na ostateczną rzeczywistość, to cóż na nią wskazuje? Na to właśnie
wskazuje ten wiersz. Pokaż mi swoją prawdziwą naturę. Teraz! Pokaż mi Mu. I wtedy właśnie musimy dać odzew. Nie możemy cofać się i opierać na tłumaczeniach. W końcu słowo „Mu” jest również jeszcze jednym określeniem. Jeśli chwyciliśmy chociaż najmniejsze mgnienie Mu, to jesteśmy w stanie je zademonstrować. Pokazać prawdziwe Mu. To jest to Mu pozbawione Mu. To jest Mu, które jest tobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz