poniedziałek, 20 czerwca 2022

Rosi Sunya Kjolhede „Podróż do samego centrum naszej istoty”

 Rosi Sunya Kjolhede  „Podróż do samego centrum naszej istoty”

(Mowa dharmy wygłoszona w dniu 20.07.2020 podczas siedmiodniowego sesin (odosobnienia zen) zorganizowanego w formie online. Transmisja odbyła się z Warszawskiego Ośrodka Zen „Bodhidharma” w Falenicy, Rosi łączyła się z Windhorse NC, USA, a uczestnicy z całej Polski i Europy.) Na szczęście Rosi w tym roku już przylatuje do Polski z wizytą. 


Jesteśmy tu z jednej strony razem (poprzez internet - przypis redakcji), a z drugiej (fizycznie) każdy u siebie w innym miejscu. Jak pewnie wiecie, w tradycji szamańskiej istnieje praktyka podróży. Polega na głębokiej wędrówce w wyobraźni do innych miejsc, innych sfer istnienia. Najwcześniejsze malowidła naskalne pokazują tego typu szamańskie podróże. To starożytna praktyka, poprzez którą szamani próbowali się skontaktować z przewodnikami duchowymi, od których uczyli się, nabierali mocy, by uzdrawiać ludzi w swoich plemionach, by zaprowadzać harmonię w świecie i uzdrawiać Ziemię. I oto my również wykonujemy własną szamańską podróż, by poczuć sens i „zobaczyć" wspaniałe letnie zendo. Dzięki temu możemy poczuć, jak łączą się nasze energie bodhi. To energia powstająca dzięki naszemu wspólnemu zaangażowaniu, zobowiązaniu do zagłębiania się w praktykę. 

To również pielgrzymka dla uzdrowienia siebie, pozostałych ludzi oraz wszystkich rzek, gór, lodowców, nieba, lasów i wszystkich stworzeń, które zamieszkują te miejsca. W gruncie rzeczy to najprawdziwsza podróż, podróż do samego centrum naszej istoty. Jeżeli istnieje przewodnik duchowy, z którym można się skontaktować, to jest ona/on zawsze właśnie tu. To jest najważniejsza z wszelkich eksploracji. Bez niej wszelkie nasze przedsięwzięcia są nie tyle nieskuteczne, co mogą prowadzić do katastrofy, jak widać to teraz na naszej planecie.

Thomas Merton powiedział: "Cóż możemy zyskać z podróży na księżyc, jeśli nie potrafimy przekroczyć otchłani dzielącej nas od nas samych." Napisał te słowa pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy Stany Zjednoczone wysyłały pierwszych ludzi na księżyc. Niewielu ludzi podejmuje tę podróż, a jeszcze mniej dociera do jej celu, jeśli w ogóle jest jakiś cel. Podróż ta polega na spotkaniu ze sobą samą/samym, bez osłon naszej ułudy. To konfrontacja ze sobą w całej swojej nagości. Jak ktoś powiedział: „potrząsanie klatką własnej nieświadomości”. Taka podróż niesie liczne niebezpieczeństwa. Nie wiemy, co nas czeka po drodze. Podróż wymaga, byśmy dorośli, pozostawili za sobą wszelkie dawne podpory, których już nie potrzebujemy i które stają nam na drodze, obciążają nas i zaślepiają. Powodują, że wiąż zbaczamy z kursu. Ktoś powiedział, że wyrzeczenie polega na rezygnacji z mniejszych radości, na rzecz większych. Pasują tu słowa Johnna Muira. Muir był wspaniałym człowiekiem i mocnym głosem na rzecz Ziemi. Zmarł w 1914 r, w wieku 76 lat. Urodził się w Szkocji i był niezwykłym wynalazcą.

   W czasie wojny secesyjnej przeniósł się do Kanady. Miał na swoim koncie wiele wynalazków, ale nie chciał ich opatentować. Mawiał, że wszelkie nowości powinny być wspólną własnością ludzi. Cóż za hojność! W młodości przeżył wypadek, w wyniku którego przez jakiś czas był niewidomy. Przyrzekł sobie wówczas, że poświęci życie "zgłębianiu wynalazków Boga". Kiedy odzyskał wzrok, wyruszył w tysiąc milową wędrówkę, ze stanu Indiana do zatoki Meksykańskiej. Był jedną z ważnych postaci, które przyczyniły się do stworzenia amerykańskich parków narodowych. Muir powiedział, że jedynie wyruszając w wędrówkę samotnie, bez bagażu, można dotrzeć do serca tego, co dzikie. Słowa te mają zastosowanie również do naszej własnej podróży. Czy mówimy o dotarciu serca tego, co dzikie, czy samego dna oceanu naszej świadomości, chodzi zawsze o to samo. To powrót do prawdziwego domu, by odkryć to, co od zawsze tu było. Wtedy możemy odzyskać skarb, którego szczerze i prawdziwie pragnęło nasze serce.

By odzyskać ten skarb, wystarczy skupiać się na praktyce oraz kanalizować uwagę i energię. To jak trzymanie szkła powiększającego, oświetlając wiązką promieni słońca podpałkę, by rozpalić ogień.

Jak powiedział Martin Buber, rzeczywistość nie jest trwałym stanem, lecz sytuacją, która może przyjmować różne stopnie intensywności. Można to odnieść również do naszego życia. Nie tyle wpływamy na to, co w nim się wydarza, lecz z jaką żywotnością odbieramy to, co się dzieje i jak reagujemy. Gdy jesteśmy zagubieni w myślach, a większość ludzi przez większość czasu jest, trwonimy żywotną energię, tracimy kontakt z pulsem życia. Większość ludzi przyjmuje schronienie w myślach, w krainie zjaw. W ten sposób ucieka z naszego życia energia, radość i uczucia. Wiele osób funkcjonuje tak, by się znieczulić. Możemy więc nadal wierzyć w to, co wierzyliśmy dotąd i działać, jak działaliśmy. Lecz jaką cenę płacimy za to odrętwienie?

Skoro mówimy o skupieniu, koncentracji na praktyce, chciałabym w tym miejscu coś wyjaśnić. Nie chodzi o skupianiu się NA praktyce, lecz o skupienie, jako praktykę. Nie tyle koncentracja na "mu", "co", lecz bycie nimi. Bycie oddechem, pozwalanie, by był bez oddzielania się. Jesteśmy oddechem, a oddech jest nami. Jesteśmy chodzeniem, piciem. Oczywiście gdy pracujemy z koanem, praktykujemy również głębokie zapytywanie, lecz nie poprzez głowę, lecz całą/całym sobą. W miarę jak praktyka zaczyna wychodzić na pierwszy plan naszej świadomości, wyłaniając się z cienia, w który ją spychamy, wówczas w naturalny sposób myśli wycofują się i wtapiają w tło. Nie musimy wtedy się z nimi zmagać i walczyć, nie musimy niczego negować. Jesteśmy jednym z praktyką. Wówczas ożywamy i ta chwila ożywa. Gdy zaczynamy pracę na głębszych poziomach, wstrząsamy całą strukturą. Po swoim przebudzeniu mistrz Mumon napisał taki wiersz:

Uderzenie pioruna na błękitnym niebie, wszystkie stworzenie na Ziemi szeroko otworzyły oczy. Wszystko pod słońcem jednocześnie się pokłoniło. Góra Sumeru podskakuje i tańczy. Góra Sumeru nie jest szczytem w Chinach, lecz mitycznym centrum wszechświata. To nasza własna istota, centrum wszystkiego.

 Oczywiście udział w sesin będąc jednocześnie w domu nie jest łatwym doświadczeniem, jak wspominało wiele osób. Jednocześnie podkreślali oni wdzięczność, jaką czują za to, że istnieje ten ośrodek, gdzie można się spotykać twarzą w twarz i gdzie spotkamy się ponownie. Podkreślali również swoją wdzięczności za wysiłki, które prowadzą do organizacji sesin, a w szczególności tego sesin, w takiej formie. Nawet jeśli siedzimy w domu, praktykujemy więcej, niż zwykle i będziemy napotykać różne rzeczy, które spotykamy na sesin w ośrodku. Wśród nich będą odczucia niewygody i ból na różnych poziomach, fizycznym, psychicznym, emocjonalnym oraz najróżniejsze stany. W takich chwilach warto sobie przypominać, że te rodzaje bólu czy niewygody trudno nawet porównać z bólem i żalem, który czują ludzie patrząc na swoje życie, często na progu śmierci.


Można się zastanawiać, na ile lęk przed śmiercią wynika z faktu, iż ludzi gnębi poczucie, że nigdy na prawdę nie żyli. Świadomość, że nie zrobili tego, co naprawdę było im potrzebne. Czyż właśnie to głębokie pragnienie, by ruszyć w tę wielką podróż do siebie, nie sprowadza nas tutaj. Oto więc jesteśmy, pracujemy razem, w innej formie niż wcześniej, lecz bez wątpienia wspieramy się w pracy na rzecz dharmy. Wymaga to nieustannej czujności, by trzymać się praktyki. By wciąż na nowo kierować umysł do wewnątrz, do sedna, bez folgowania ocenom i osądom. By nie poddawać się myślom o przeszłości i przyszłości. By mobilizować całą uwagę i energię, skupiając ją na "mu", "kto", "co", na całym ciele, sercu i umyśle. Jeżeli pracujemy w sposób szczery i autentyczny, odrzucając to, co zbędne, z każdym dniem energia rośnie. Możemy napotykać różne sytuacje, doświadczenia i stany, ale w tym procesie struktura i wzorce ego zmieniają się, stając się bardziej elastyczne. Wtedy coraz bardziej przejmuje inicjatywę poczucie lekkości, wolności i bliskości. Nawet krótkie, ulotne przebłyski takiego doświadczenia są niczym szczeliny, przez które wpadają promienie słońca. Stanowią potwierdzenie, że jesteśmy na właściwym tropie. Na drodze polegającej na wypełnianiu naszego najszczerszego, najbardziej autentycznego powołania: by przebudzić się i wrócić do domu.

Istotne jest, byśmy mieli na uwadze, nie w głowach, lecz w sercach, że ta praktyka nie jest wyłącznie dla nas samych, takich, jak sobie to wyobrażamy. Że ta praktyka, w pojedynkę, a jednocześnie razem, jest wyrazem naszych ślubowań bodhisatwy, by wyzwalać wszystkie istoty i ucieleśniać drogę Buddy. Duchem tej praktyki jest dana paramita, doskonałość dawania, szczodrość serca. Doświadczenie nawet przebłysku tego stanu zmienia nasze nastawienie z: "co mogę zyskać z praktyki i sesin dla siebie" na: "co mogę zrobić, by wykorzystać jak najlepiej ten cenny czas, to drogocenne życie". Jak pracować, by żyć życiem bardziej autentycznym, piękniejszym i pełnym miłości? By to życie przyczyniało się do głębokiego uzdrawiania świata. Ważne też, by nie przywiązywać się do rezultatów. Jak napisał T. S. Elliot: "Dla nas są tylko starania.

Reszta nas nie powinna obchodzić." Jesteśmy tu po to, aby ucieleśniać to, o czym głęboko wiemy, że jest prawdzie. Bądźmy więc jak najbliżej praktyki. Z głęboką wdzięcznością za to, że możemy teraz wykonać tą pracę razem, w takiej formie.

(Tłumaczenie: Jacek Majewski Transkrypcja i redakcja: Filip Szymborski)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz